Jak mądrzy o współpracy branży reklamowej z III sektorem rozmawiali.

03/07/2009

We wtorek pojechałem do Królikarni na panel dyskusyjny, który organizował magazyn „Brief” i agencja Kot Bury. Mieliśmy słuchać wymiany zdań na temat współpracy NGO z agencjami reklamowymi. Ponieważ temat jest bliski zarówno mnie, jak i Wam, to cieszyłem się jak dziecko, licząc na ostrą wymianę poglądów pomiędzy stronami, podaną z dodatkiem merytoryki w sosie z pikantnych szczegółów ze zrealizowanych już kampanii. A co się działo w Królikarni? No cóż. Niewiele.

Pojawili się interesujący goście – oprócz organizatorów, czyli Grzegorza Kiszluka – naczelnego „Briefu” i Jacka Eberta – dyrektora kreatywnego agencji Kot Bury, byli też:

Joanna Tokarz, realizatorka wielu projektów w Akademii Rozwoju Filantropii,

Malina Wieczorek, dyrektor kreatywna TBWA Telescope (Telescope to minikomórka dużej sieciowej agencji, w której Pani Wieczorek zajmuje się wyłącznie kampaniami społecznymi),

Adam Mikołajczyk z Brief for Poland – wortalu poświęconego marketingowi regionów, oraz

Paweł Kowalewski – prezes polskiego oddziału Międzynarodowego Stowarzyszenia Reklamy i wiceprezes tej organizacji na świecie.

Pomimo tak znamienitych gości i merytorycznie oblatanej publiki (pojawili się głównie przedstawiciele NGO-sów), dyskusja zeszła na tematy tak oczywiste jak etyka kampanii społecznych czy etyka „zarabiania” na kampaniach (np. poprzez pokazywanie logo sponsora). Pan Prezes Kowalewski raz po raz błyskał znajomością rynku reklamowego, aczkolwiek zawsze wracał do tego, że „nic nie ma za darmo, jest co najwyżej bez pieniędzy”. To z kolei prowokowało Grzegorza Kiszluka (którego skądinąd darzę ogromnym szacunkiem jako człowieka, który tworzył wolne media w Polsce) do etyczno-filozoficznych wycieczek na temat niemożliwości wrodzonej dobroci ludzkiej. Od czasu do czasu udawało się przebić Pani Joannie Tokarz, która posiada ogromną wiedzę i doświadczenie w temacie debaty i gdyby „branżowi” goście byli bardziej przygotowani do debaty, być może mogłaby powiedzieć coś rzeczywiście ciekawego. Jednak nieodróżnianie trzeciego i pierwszego sektora, nierozumienie zasad działania NGO i chęć raczej „pogawędzenia” sobie o realiach branży reklamowej niż o tematyce panelu u współdyskutantów uniemożliwiało realną rozmowę. Bardzo merytoryczna była Pani Malina Wieczorek, która z niejednego NGO-sowego pieca marketingowego już jadła i potrafiła bardzo sensownie odnieść się do uwag Pani Tokarz (chociaż ewidentnie broniła się przed uchylaniem rąbka tajemnicy zawodowej). Końcowym wnioskiem z całej dyskusji było: „W marketingu organizacji społecznych muszą panować jasne zasady, jeśli chodzi o relacje organizacji i sponsorów”.

Podsumowując – z dużej chmury mały deszcz. Z drugiej strony, ta debata może jest zapowiedzią? Może agencje i organizacje zrozumieją, że muszą uczyć się ze sobą rozmawiać, jeśli chcą razem robić sensowne rzeczy. I dobrze, że to akurat „Brief” zorganizował spotkanie. Nie posądzam Grzegorza Kiszluka o słomiany zapał, więc mam nadzieję, że ten panel był tylko początkiem cyklu.

P.S. Na osłodę – udało mi się namówić Panią Malinę Wieczorek na krótki wywiad po debacie – jutro go spiszę i wyślę do autoryzacji, a w poniedziałek, mam nadzieję, opublikuję.

P.P.S. Prawdopodobnie bardzo mądre rzeczy mówił też Pan Mikołajczyk, ale nie zajmuję się tutaj I sektorem, więc pozostaje tylko życzyć wortalowi B4P powodzenia!

Reklamy

Charity shops – brytyjski sposób na PR i fundraising na raz

23/06/2009

Sklep British Heart Foundation

Sklep British Heart Foundation

Dzisiaj kilka słów o dobrym przykładzie z Zachodu. Każdy kto był w Wielkiej Brytanii i miał okazję przejść się po sklepach, na pewno choć raz zajrzał do niepozornego sklepiku o nazwie mającej coś wspólnego z rakiem, bezdomnymi, ofiarami morza (w końcu UK to wyspa) lub samotnymi matkami. Jeżeli do dziś nie wie dlaczego ubrania od najlepszych projektantów kosztowały 5 funtów, a książki 1 funta to już tłumaczę.

Drogi turysto, odwiedziłeś tzw. „charity shop” (czyli „sklep charytatywny”). Zasadą działania takich sklepów jest sprzedawanie otrzymywanych darów za niewielkie kwoty. Kwoty te w całości zasilają konto konkretnej organizacji pozarządowej. Sprzedawane przedmioty są przeróżne – od książek, przez płyty CD, filmy, ubrania, aż po meble czy plakaty. Są to zarówno rzeczy używane, jak i nowe. NGO najczęściej wynajmuje przestrzeń sklepową po bardzo preferencyjnych cenach (oczywiście podmiot wynajmujący chwali się tym, gdzie tylko może), pracownicy sklepu zatrudnieni są albo na niskie stawki (dlatego często pracują tam emeryci lub gospodynie domowe, którzy w ten sposób spełniają swoje poczucie obywatelskiego obowiązku a jednocześnie dorabiają do emerytury lub, w przypadku pań domu, dokładają się do domowego budżetu) albo na zasadzie wolontariatu.

Sklep Marie Curie Cancer Care

Sklep Marie Curie Cancer Care

Taki sposób zdobywania funduszy ma same dobre strony – rozwija społeczeństwo obywatelskie (zamiast wyrzucić książki, czy ubrania przynosi się je do takiego sklepu), daje stały przypływ gotówki, a jednocześnie pozwala wielu ludziom kupić rzeczy, na które normalnie nie mogliby sobie pozwolić. Sam, wracając jakiś czas temu z Manchesteru, przywiozłem WALIZKĘ pełną książek, za które w sumie zapłaciłem nie więcej niż 20 funtów (a było wśród nich kilka białych kruków). Oczywiście fundraising nie jest jedyną korzyścią płynącą z prowadzenia charity shop. Możliwości promocji samej organizacji są właściwie nieskończone: od nadruku na paragonie, przez zakładki do książek za symboliczną kwotę, po sam fakt posiadania (widocznego przez całą dobę) naszego logo na szyldzie sklepu.

Sklep Cancer Research UK

Sklep Cancer Research UK

W Polsce niestety nie spotkałem się jeszcze z taką formą zdobywania pieniędzy przez organizację. Jedynym przykładem działania o podobnym charakterze są aukcje charytatywne, ale ile Jerzy Buzek może nam oddać piór albo Artur Boruc koszulek? Wychodząc ludziom na przeciw, nie tylko zdobędziemy ich przywiązanie do naszej marki, ale i pozwolimy im samym odczarować się z dorocznego charytatywnego odpuszczenia grzechów podczas kolejnego finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Dlatego rozejrzyjmy się po okolicy – galeria handlowa ma problemy ze sprzedażą boksów? Na naszej ulicy od roku wisi karteczka z ofertą wynajmu przestrzeni handlowej? Dla wynajmującego nawet symboliczna opłata jest lepsza niż żadna, prawda? A jeśli dobrze „rozegramy” aspekt społeczny całej sprawy to może centrum handlowe odda nam przestrzeń za darmo? Trzeba próbować – to naprawdę ciekawy sposób jednoczesnego załatwienia sprawy fundraisingu i PR-u.

Na koniec ciekawy case sklepu charytatywnego, który sprzedawał nadzieję. I to miesiąc przed gwiazdką!